Kasia – naturalnie rude włosy ♥ na drodze do doskonałości!

Share Button
Wiem, że lubicie włosowe metamorfozy Czytelniczek. Dlatego dzisiaj postanowiłam pokazać Wam naturalnie rude włosy Kasi – przemiana „w połowie drogi”.

Zachęcałam Was do nadsyłania również takich historii, ponieważ są one również świetnym świadectwem na to, jak kilka prostych zmian może nakierować włosy na dobre tory.

Przemiany „skończone”, z zabójczym efektem końcowym (jak u Beaty czy Pauliny), mogą wydawać się wręcz niewiarygodne. Również dlatego lubię takie historie w połowie drogi – za jakiś czas te włosy również będą „idealne” i „jak z inspiracji” i pokazują, że każde włosy mogą poprawić swój stan.

Bardzo cieszy mnie to, że moje sposoby i wpisy pomogły Kasi. Jest to dla mnie ogromna motywacja i cieszę się, że mogę i Wam pokazać jej historię. Na dodatek jestem fanką jej koloru włosów, naturalnie rude włosy, marzenie… Oddaję głos Kasi!

naturalnie rude włosy

Może najpierw poopowiadam trochę o moich włosach. Jestem w tej zatrważającej mniejszości kobiet zadowolonych ze swojego naturalnego koloru, który od urodzenia jest w stronę rudości, choć z czasem, niestety, nieco mniej.

Jakoś w dzieciństwie nigdy nie było możliwości, lub w zasadzie przyzwolenia mojej mamy na długie włosy, więc najdłuższe, jakie miałam, to gdzieś do linii biustu.

W podstawówce poszłam do klasy pływackiej i ścinano mnie zawsze gdzieś do ucha lub na pseudoboba, kiedyś też na tak zwany „hełm”, czego nienawidziłam.

Ogólnie moje włosy rosną dość wolno, są cienkie, leciutkie, puszyły się i elektryzowały po cięciu żyletką, teraz już na szczęście przestały. Są lekko falowane i bardzo podatne na wszystko, co się z nimi zrobi. Trochę jak moja cera, cieniutka jak to u rudej 😉

Tu zdjęcia z podstawówki:

naturalnie rude włosy

naturalnie rude włosy

Co podrosły, to w jakichś okolicznościach były ścinane. Zazdrościłam moim koleżankom długich włosów, ale mi po prostu nie były one pisane.

Myłam je tym, co stało w łazience, a więc szamponami i odżywkami mamy, jednak były to produkty typu „naprawimy wszystko!” do włosów „bardzo suchych i zniszczonych”. Moje włosy raczej tego nie potrzebowały, były przyklapnięte i dziwne. Średnio je lubiłam.

W gimnazjum wyglądały mniej więcej tak:

naturalnie rude włosy

Nigdy nie przykładałam zbyt wielkiej wagi do ich pielęgnacji. Były jakie były, nie miałam cierpliwości analizować, który składnik jakiego szamponu jak na mnie wpływa – po prostu brałam co było, czasem kupowałam jakiś produkt, który szczególnie dobrze na mnie wpłynął. Nadal mam ciepłe uczucia dla szamponu Palmolive, pierwotnie z różą jerychońską? Potem chyba go wycofali… [Agnieszka: Kasia, a to nie był Timotei?].

Moje włosy strasznie, okropnie się elektryzowały! To była moja największa bolączka. Czym bym nie czesała – a próbowałam wielu szczotek, oczywiście tych tańszych, bo kto wtedy wydawałby fortunę na włosy – robił się puch. Czasem wręcz kopały mnie po palcach! Może to kwestia tego, że jeszcze w okolicach podstawówki trafiłam na fryzjerkę, która zniszczyła mi włosy żyletką.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, o co chodzi, i bardziej byłam pod wrażeniem „o, nowa fryzjerska technika”! Może to, że w końcu trafiłam na szczotkę prawie w całości drewnianą, pokryło się czasowo z podcięciem zniszczonych włosów.

Tu czasy liceum:

naturalnie rude włosy

wystylizowane, dlatego wyglądają tak idealnie. Nie były tak długie, na jakie wyglądają. Dobrze widać odwieczne baby hair przy czole. (i źle zrobione brwi ^^)

Ogólnie gimnazjum i liceum minęło bez większych ekscesów włosowych. Regularnie je podcinałam, rosły sobie spokojnie… aż nie skończyłam liceum i nie zapragnęłam na studia zaszaleć. I to był ogromny błąd.

Zawsze miałam zaufanie do fryzjerów – poza drobnym incydentem z żyletką – i przychodziłam do nich, zasiadałam na krześle i mówiłam „róbcie co trzeba”. Ta akurat stwierdziła „trzeba mocno wycieniować, żeby się mocniej kręciły!”.

Włosy przed wycieniowaniem:

naturalnie rude włosy

I po mocnym wycieniowaniu (i mocnym podcięciu):

naturalnie rude włosy

(wybaczcie kiepską jakość)

Jak teraz myślę, to chyba nigdy (oprócz momentu hełmu) nie miałam ich zupełnie prosto ściętych, ale to było maksimum nie-prostego cięcia.

Na studiach, półtora roku temu, zaczęłam mieć możliwość wykarmienia się samodzielnie. Nie byłam już ograniczana tym, co mama ugotuje, a tata zażyczy (ślunska rolada xD) więc zaczęłam bardziej interesować się odżywianiem.

Odstawiłam cukier, gluten, mięso mocno ograniczyłam (do wizyt w domu), a w konsekwencji naczytałam się oczywiście, jaki to SLS i SLES jest zły. Zaczęłam myć włosy sodą i płukać octem jabłkowym.

Tak wyglądały na kuracji sodowej:

naturalnie rude włosy

Pomijając moją teatralnie smutną minę, tu najbardziej widać moją największą bolączkę, ówczesną i obecną! Te krótkie włosy, niby-babyhair, które nigdy nie potrafią urosnąć do długości reszty włosów i niezmiernie mnie irytują.

naturalnie rude włosy

Mogę je ukrywać olejami czy jakimiś serami, ale ja wiem, że tam są, i nie mam pomysłu na ich pozbycie się. Najwięcej ich przy czole w okolicy przedziałka, ale pojawiają się na całej długości włosów.

Byłam mega zadowolona z sody, bo włosy się po niej kręciły i były dość miękkie. Co ciekawe, tylko wtedy nie używałam za dużo odżywek, ale tylko przez pewien czas, bo potem było mi źle.

Spałam w rozpuszczonych, mokrych włosach, co teraz jest chyba największym włosomaniaczym grzechem, ale nadal w ten sposób rano najładniej mi się układają (jeśli akurat nie mają bad-hair-day).

W każdym razie soda się skończyła przez wakacje, bo w domu miałam do tego zbyt twardą wodę i soda nie domywała, więc przestawiłam się na szampony dla dzieci (byle jakie, byle dla dzieci… głupota) i przypadkowe odżywki. Aż do pojawienia się Kallosów nie używałam nawet masek, o płukankach czy wcierkach, peelingach nie wspominając.

Na drugim roku przeniosłam się do akademika i przyjaciółka zaraziła mnie Kallosami – to w głównej mierze. Co ważniejsze, uświadomiła mi, że wydawanie pieniędzy na włosy to nie taka głupota jak byłam nauczona (bo dla mnie wydać dużo na makijaż było ok, na ciuchy nie ok, na włosy najmniej ok – ot, takie dziwne priorytety).

Nakupowałam trochę rzeczy, a potem trafiłam na Twój kanał na YT i się okazało, że one są wszystkie be albo używałam je w nie taki sposób, w jaki powinnam 😀 Cóż zrobić, zużyję je jakoś (jak zużyć mgiełkę do włosów z alkoholem? Jakieś pomysły? [Agnieszka: tak, na końcu wpisu!])

naturalnie rude włosy

 

Przez całe życie priorytetem był dla mnie skręt, a nie kondycja, dążyłam do kręcenia się włosów wszelkimi sposobami, które nie uwzględniały stylizacji i środków termicznych, bo wiedziałam, że to może źle się skończyć na moich cieniutkich i leciutkich włosach – dlatego też spałam na mokrych włosach i tak dalej… Prostownica największym wrogiem 😀 O koloryzacji nie wspominając.

Raz pokolorowałam je szamponetką na fioletowo, a raz henną, ale to jakoś nie dla mnie. Teraz bardziej zaakceptowałam rzeczywisty kształt moich włosów i to, że jedynie delikatnie się falują (nadal, ile bym dała za loki ;_;), więc już ich tak nie katuję.

Idąc za radami z kanału, w piątek zrobiłam pierwszy peeling skóry głowy, wczesuję odżywkę zamiast ją wmasowywać, podsuszam nasadę włosów. Do efektów jeszcze daleko, ciągle boję się olejowania, ale wierzę, że wyglądają lepiej, lepiej się czuję i ogólnie bardzo się cieszę z tej całej zmiany nawyków.

Moje włosy z dziś:

naturalnie rude włosy

Więc ogólnie mega dobrze! Teraz tylko zapuścić do pasa 😉

Moim zdaniem na ostatnim zdjęciu, szczególnie na tym po lewej, włosy prezentują się fantastycznie. Widać, że mają tendencję do puszenia się, która po opanowaniu zamienia się w cudowną objętość!

Cieniowanie takich włosów to dobry pomysł, co również widać na ostatnim zdjęciu – ten dół wygląda świetnie, ważne tylko, by końcówki były zadbane i nie przesuszone.

Kasia miała ciekawy epizod w swojej włosowej historii – moment z sodą i płukanką z octu. Taki sposób pielęgnacji włosów znany jest jako metoda „no-poo”, czyli mycie bez szamponu. Płukanka z octu to w skrócie ACV (Apple Cider Vinegar). Na pewno napiszę o tym więcej, a na razie powiem tylko, że nie jestem wielką fanką tej metody.

Soda to pH mocno zasadowe, ocet kwasowe – włosy nie lubią wahań pH, ponieważ łuski są wtedy na istnym rollercoasterze. Moim zdaniem widać było ten efekt na włosach Kasi, a później, na szczęście, wszystko się unormowało.

Nawiążę jeszcze do tych „przyklapniętych i dziwnych” włosów po typowych odżywkach drogeryjnych z początku historii. To z pewnością przedawkowanie silikonów. Włosy kręcone i falowane często preferują pielęgnację bezsilikonową. Emolientem zabezpieczającym może być wtedy parafina, lanolina, wosk pszczeli. No i oczywiście OLEJE.

Włosy tego typu bardzo często lubią oleje wielonienasycone, na przykład olej lniany lub sezamowy. Warto wypróbować również oliwę z oliwek. Największą szansę powodzenia ma olejowanie maską wymieszaną z olejem. Przykładem maski, która może być dobrą bazą, jest bezsilikonowy Kallos Color.

Kasia zadała mi też dwa ciekawe pytania:

1. Czy znasz jakieś przyczyny pojawiania się tych niby-baby hair? Mam je całe życie, nie pamiętam, żebym ich nie miała. Czasem wyglądają uroczo, szczególnie jak całe włosy mi się pokręcą np. na deszczu, ale ogólnie nie wygląda to dobrze.

Baby hair to po prostu „młodsze” włosy. Przy zniszczonych włosach mogą być to też włosy pourywane, widać to szczególnie po zniszczeniach spowodowanych prostownicą.

Przy włosach kręconych i wysokoporowatych, baby hairy zawsze będą trochę bardziej niesforne. Moim zdaniem nie ma w nich nic złego, ale oczywiście, czasem mogą psuć fryzurę. Na przygładzenie odstających baby hairów mam następujące sposoby:

  • Przejechanie po nich dłońmi, na których rozprowadzony został krem do rąk. W kremach do rąk zazwyczaj jest parafina, która może pomóc w zdyscyplinowaniu włosów.
  • Sposób „na wyjścia” to popsikanie lakierem do włosów dłoni lub szczoteczki do zębów lub grzebienia – w zależności od skali problemu i preferencji – i utrwalenie gładkiej fryzury przejeżdżając dłonią lub szczoteczką/grzebieniem po włosach.
  • Czasem wystarczy popsikać mgiełką silikonową bez protein na szczotkę, a następnie po prostu przeczesać nią włosy.

2. Jak zużyć mgiełkę do włosów z alkoholem? Jakieś pomysły?

Pewnie! Jeden ze sposobów pokazywałam w filmie o czyszczeniu szczotek. Mgiełka z alkoholem świetnie sprawdzi się do ostatniego etapu mycia, czyli dezynfekcji szczotki.

Niektóre mgiełki z alkoholem, takie jak mgiełka Jantar (nie mylić z wcierką, która alkoholu nie zawiera) lub Radical, można zużyć jako wcierki.

Skóra głowy u większości osób nie wykazuje nadwrażliwości na alkohol, a czasem nawet wcierki alkoholowe działają lepiej na porost włosów, dzięki mocniejszemu pobudzenia krążenia.

Zapraszam na mojego Instagrama oraz Youtube, dla odważnych Snap: napieknewlosy

Włosowe historie i metamorfozy możecie wysyłać na wwwlosypl@gmail.com – z chęcią opublikuję Waszą przemianę!

Sprawdź też

mezoterapia skóry głowy

MEZOTERAPIA SKÓRY GŁOWY: czy boli? Czy przyspiesza porost włosów?

Jak już pewnie wiecie, od kilku tygodni regularnie towarzyszy mi mezoterapia skóry głowy. Poddaję się …

Loading Disqus Comments ...